Łostomili, tego nie wolno zabocyć!

Godajóm ludziska, ze zwycaje w górach przepodły, ze tradycyje nasyk przodków posły w niepamięć. Ciut prowdy w tym jest, ale nie do kuńca.

Święta Bozego Narodzenia obchodzóm tak zawdy, jak downiej bywało. We Wilijóm gazdowie abo ik synowie wyciupójom w lesie jedlicki i niesóm je do swyk chałup. Coby dziecka miały ucieche i mogły drzywko ubiyrać. Gaździne piekóm placki, tyle ze wymyślniejse, bo kiejsi to piekły tylko kołoce i smazyły pącki. Dzieciska uwazujóm, by były grzecne, posłusne, nie spały długo nie becały", bo taki będzie dlo nik cały rocek. Musóm tez zjeś jabłko, coby nie bolały ik zęby.

Storsi górole nadal wypatrujóm, fto piyrwsy przekrocy ik próg chałupy. Zdrowy i młody chłop ścąście, chory, stary - rok kiepski, a nie doj Boze, żeby piyrwso była baba a do tego staro, to wrózyło niescąście.

Dziopki, dziywki myjóm się przed wiecerzóm w zimnej wodzie z pieniązkiem i gałązkóm jedlicki. Oznacać to mo, ze bedom zdrowe, piykne i bogate. Gaździne przybacujóm, ze nie nolezy nic i nikomu w tym dniu pozycać. Oddawać trza.

Do wiliji fszyścy domownicy się piyknie ubirajóm i poboznie zasiadajóm do stołu. Jest ón nakrywany biołym obrusem, a pod nim lezy sianko.

Drzewiej jadło sie z jednej miski, a teroz kozdy mo talerz no i trza nieftórym zmieniać go, jak pedziała wnucka z miasta: "Ja z tego samego talerza jeść nie będę".

Nie zabocono, ze trza pamiętać o dodatkowym nakryciu, stołku i swyk bliskich z zaświata, no i o tyk zywych, co nie mogóm być z nami razem.

Opłatkiem sie dzielóm łot nostarsego do najmłodsego i to jest piykne i wzrusające. Po modlitwie i zyceniak jedzom dwanoście potraw, na znak, ze jest dwanoście miesięcy i dwanoście apostołów. U biedniejsyk góroli jest potraw mnij, ale tyz sie ciesóm z tego, co majóm.

W casie wiliji przybacujom se downe casy, wrózby i wiezenia. Na ścianak sukajóm swego cienia. Fto zauwozy cień, to sie ciesy, bo jego miejsce będzie nadol w chałupie. Brak - oznaco opuscenie... . Najwięcej uciechy majóm nadal dziywki. Niby to skolone, ale ftedy kozdo wiezy, ze w te noc mazenia sie spełnióm. Wrózóm z sianka, wylatujóm przed chałupy i nadsłuchujóm głosów psów abo obłapujóm śtachety w płocie i licóm cy pazyste, cy ni.

Gazdowie lub gaździne (abo razem) idóm zaś do bydełka z potrawami i zielonym opłatkiem. Gadajóm z nimi, bo ponoć i gadzina i chudoba ftedy fszyćko cuje, rozumie, a nawet godo ludzkim głosem.

Po tyk radościak wracajóm do domu i śpiwywajóm piyknie, syroko i ózwiednie. W izbak jest cysto, kolorowo i bogato, światło sie świyci, ale już wsędzie elektrycne, choć nieftózy majóm jesce lampy naftowe, coby w razie ciemności se poradzić.

Wiele przezyć dostarca pasterka. Fto tylko jesce może, to idzie do kościoła, chocby śnizyk sięgoł po pas i wiater duł siarcyście - tak jak w łońskim roku 2001.

Boze Narodzenie górole uwazujóm za święto rodzinne, dlotego nie odwiedzajóm się, siedzóm w izbach, śpiywajóm kolędy abo oglądajóm programy telewizyjne. Gaździne warzóm strawe,rychtujóm izby, co za downych casów było to nie w zwycaju.

Na świętego Scepana, cyli w drugi dziyń świąt kolędnicy chodzóm od chałupy do chałupy i kolędujóm. Wędrujóm z gwiozdóm, turonióm i dióbłem. U progu izby witajóm gazde słowami: " Na scoście, na zdrowie. Na to Boze Narodzenie. Coby sie wom dazyło w komorze, w oborze, na polu dej Boze. Żeby w oborze było tyle cielicek, kielo w lesie jedlicek. W izbie - w kozdym kątku po dzieciątku a na środku troje... Cobyście byli weseli, jako w niebie janieli. Turoń kusi i rozweselo fszyćkich Jest to symbol siły, bestyjo, ftóro przynosi scoście. Jeśli ślady jego kopyt pojawiom sie obok gospodarstwa, cały rok będzie dostatni. "Ka turoniek chodzi, tam sie chlebuś rodzi".

Lec niestety, ta tradycyjo kolędowania w nieftórych wsiak zaniko. Młode pokolenie woli racej jechać autem na dyskoteke, bo nawet iść pieso, by było wedle nik śmiysne. Swatowanie, cyli namówiny młodyk, to tyz przezytek - co miało miejsce kiesi na świętego Scepana.

Zenióm sie, jak gadajóm z miłości, a nie z rozkazu ojców. Nik im tyz nie musi raić. Matuśka i tatko wyprawiajóm im tylko wesela i to nie byle kany. Musi to być gospoda abo "Dom weselny".

Na wesela chodzóm goście zaproseni, a nie jak downiej bywało, ze kozdy, fto kcioł, to sed. Wiecorami przychodzili tez hulać chłodoki, a nawet z innyk wsi, tzw. "śląki". Takie uciechy końcyły sie zazwycoj bijatykóm, a zacynało sie to od "sarpacki".

Teroz chłodoki są inksi, już ik bitka nie ciesy, majóm chętkę do nauki, warujom skoły, ćwicóm rózum, śpekulujóm kany robić, coby piniądzy było więcej. Dziopki, ftóre pokońcyły skoły tyz obzierajóm sie za miastowymi i na gospodarce nie kcóm pozostać. Casami potrafióm tylko labiedzić. Wieś im smierdzi gnojem, praca trudnym znojem.

Jedno jest prawdziwe. Mimo to, ze te piykne zwycaje po trochu zanikajóm - to góry, piykne stroje górolskie i downe obrzędy zawse bedóm mniej lub więcej kultywowane.

Góry, górole byli, sóm i bedom dokiela będzie istnioł świat.

Jak pedzioł ks. Prof. Józef Tischner:
"Kie pudziemy z tela, to nos będzie skoda.
Po górach, dolinach płakać będzie woda"(Historia filozofii po góralsku).

Maria Warchał